Kobiety kobietom – od dziecięcego marzenia do wolontariatu w Kenii

Król Lew, a od niego wszystko się zaczęło…

Może nie wszyscy wierzą w spełnienie dziecięcych marzeń, może niektórym wydaje się, że te pragnienia powinny pozostać w naszych głowach, bo tylko wtedy nie tracą magii beztroskich lat. Ja swoje marzenie spełniłam. Skłamałabym mówiąc, że pamiętam jak dziś, kiedy po raz pierwszy obejrzałam Króla Lwa. To było ponad 20 lat temu, więc niestety nie pamiętam ani miejsca (choć wiem od mamy, że to było kino), ani uczuć towarzyszących podczas oglądania po raz pierwszy jak sawanna budzi się do życia w rytmach „Kręgu życia”. Pamiętam jednak, że słowa takie jak simba, rafiki, hakuna matata, to nie był żaden bajkowy szyfr. Dla mnie, to był prawdziwy język, którego moja dziecinna naiwność nawet nie pozwalała podawać w wątpliwość. To są prawdziwe słowa i już! Miałam rację.

krol lew

To był pierwszy krok, a raczej pierwszy znak, że Afryka kiedyś stanie się moim azymutem. Piszę to bardzo poważnie, gdyż w czasach dzieciństwa po prostu uciekałam do środowiska pluszowych zwierząt, odrzucając w kąt smutne lalki, bo wśród nich czułam się bezpiecznie i dobrze. Podobne uczucia towarzyszyły mi na safari, kiedy o 6:47 obserwowałam jak słońce wstaje nad sawanną w Masai Mara.

sawanna afryka

W pewnym momencie stanęłam przed wyborem, tym jednym z pierwszych, trudnych wyborów – co mam ze sobą zrobić po maturze? Poszłam na studia, nieudane, z których zrezygnowałam na rzecz stosunków międzykulturowych Azji i Afryki. I tak naprawdę to właśnie to był moment, kiedy już podjęłam decyzję – chcę wiedzieć o Afryce więcej, aby kiedyś ją odwiedzić. Ten cel, wszak kulturowy, chęć doświadczenia i poznania nowego, miał głębsze dno, z którego chyba początkowo nie zdawałam sobie sprawy. Będąc jedynaczką, miałam cały świat – stworzony przez dom i rodziców – tylko i wyłącznie dla siebie. To co dostałam w dzieciństwie, było idealnym skarbem, którym mogłam podzielić się z innymi, w postaci ciepła, miłości i spokoju. Nauka suahili na zajęciach uniwersyteckich wtajemniczała mnie coraz bardziej w świat słów głębszych i zapewne bardziej przydatnych niż simba czy rafiki. Wiedziałam, że to jest moja drabina, po której się wspinam, aby w końcu stanąć na afrykańskiej ziemi. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, który zakątek tego kontynentu odwiedzę.

Można nazywać to szczęściem, przeznaczeniem albo po prostu zbiegiem okoliczności. O wyjazd nie musiałam długo prosić, szukać organizacji, która mnie wyśle w ramach wolontariatu. Na drugim roku studiów, kiedy już byłam wystarczająco zdeterminowana i męcząca zarazem, dostałam jedną z najważniejszych informacji w moim życiu – jeśli chcesz, możesz pojechać do domu dziecka w Kenii. Nie był to prezes żadnej fundacji, ani organizator wolontariatu, a moja dobra koleżanka, którą już wtedy uważałam za afrykańskiego weterana i jedną z pierwszych inspiracji. Wraz z przyjacielem, który ledwo co wrócił z Kenii, postanowili, że pomogą mi spełnieniu dziecięcego marzenia i po prostu wyślą do Afryki.

kenia

15 czerwca 2012 roku, czyli około sześć miesięcy po pierwszej rozmowie na temat wyjazdu, wylądowałam w Nairobi. Odebrana z lotniska przez polskiego franciszkanina, podekscytowana, ale również przerażona, bo przez ostatnie 9 godzin lotu nie myślałam o niczym innym, jak o tym, że chyba najnormalniej w świecie zwariowałam. Nazajutrz, zostałam odwieziona do Limuru, gdzie zostałam na kolejne prawie 3 miesiące. Autentyczność i magia tego miejsca, szczerość i niewinność dziewczynek mieszkających tam na co dzień, nie pozwoliły mi nie obiecać, że w 2013 roku wrócę. Stęskniona i pełna nowej energii, którą będę mogła im przekazać.

St Anthony Children Home

Czym jest dla mnie Limuru ? To mój azyl. Choć nie wygląda jak te piękne sawanny z Króla Lwa (takie miejsca też widywałam wielokrotnie, nie tylko na safari, ale również przemieszczając się pomiędzy różnymi miastami) i nie ma dzikich zwierząt, które przypominałyby mi o pluszowych druhach z dzieciństwa. W Afryce odnalazłam siebie, ale też zostawiłam cząstkę swoich uczuć, przemyśleń i wiedzy. Poznałam bliżej strach, bo będąc jedynakiem nigdy nie odczułam niebezpieczeństwa i samotności, a w Limuru tak. Dowiedziałam się, że pomaganie obcej kulturowo społeczności jest zadaniem koszmarnie trudnym, ale dającym niezastąpioną satysfakcję, to prawie jak dokonanie czegoś niemożliwego. Poczułam, że jestem dla kogoś ważna, moje słowa mają znaczenie i wpływają na mniejsze istoty, które mówią, że w przyszłości chcą być takie jak ja, wymieniając ku temu konkretne powody. Doświadczyłam miłości i ciepła, od osób, z którymi nie jestem spokrewniona, poczułam więź, którą chwilami mogłabym nazwać relacją matka-córka. Dlatego wróciłam. I dopiero wtedy poczułam się w spełniona, bo obietnica, którą dotrzymałam była niesamowicie ważna dla mnie, ale także dla 63 serc, które mieszkają w St. Anthony Children’s Home w Limuru.

wolontariat afryka wyjazd

Bycie wolontariuszką pobudziło we mnie chęć do działania, również we własnym zakresie, realizując kolejne cele i projekty autorskie. Obecnie, współtworzę projekt „Córka Matka Kobieta”, inicjatywę polskich kobiet dla kobiet kenijskich. Zarówno ja, jak i Sylwia, z którą pracujemy nad CMK, mamy nowe marzenie – chcemy zobaczyć Kenię wolną od dyskryminacji kobiet. Więcej na temat naszych działań na www.corkamatkakobieta.pl i www.facebook.com/corkamatkakobieta

cmk

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *